Tagi

Index tagów

Tureckie przykręcanie śruby

Oceń: [0,16666666666667] Down Up
29.12.2017 09:00:00

Prawko po turecku dla Polaka, Niemca czy Anglika mogło wydawać się bardziej egzotyczne niż język turecki: dwuminutowy egzamin, zdawalność 99 proc., luźne podejście do przepisów. Tak było do niedawna. Teraz Turcy przykręcili kandydatom na kierowców śrubę.


Jak robi się prawko w Turcji, kilka lat temu postanowił sprawdzić pewien niemiecki dziennikarz. Zapisał się na kurs, trochę poćwiczył i umówił się na egzamin. Łatwo mu poszło. Teorię zdawał w szkolnej sali (egzaminatorami najczęściej są nauczyciele). Papierowy formularz – z odpowiedziami A, B, C, D – wypełnił z dużą pomocą tłumacza, który nie ograniczał się do wskazówek językowych, lecz wyjaśniał zawiłości przepisów. Później była część praktyczna. Na peryferiach miasta. Egzaminatorzy rozstawili na jezdni kilka słupków, na dachu samochodu zamontowali tablicę z napisem SINAV ARACIDIR (samochód egzaminacyjny) i kazali ruszać. Jazda trwała minutę i 38 sekund. Tak! To nie pomyłka. Zakończyła się serdecznymi gratulacjami. Auto jechało 30 km/h. Kilkaset metrów. Dwa łagodne zakręty. Hamowanie. Nawrotka.

Jakie umiejętności kandydata na kierowcę sprawdzano? Czy umie ustawić fotel, lusterka. Czy bezpiecznie włącza się do ruchu. Czy potrafi bezpiecznie zmienić pas. Skoro silnik nie zgasł, zmiana biegów odbywała się płynnie, kontrola nad pojazdem była – prawko się należy.

Kilkadziesiąt lat temu obowiązywały jeszcze bardziej uproszczone procedury.

– Z opowieści mojej rodziny, znajomych wiem, że samochodami jeździły nawet osoby nieumiejące pisać i czytać – mówi Mehmet Eseryel, który w Szczecinie prowadzi sklep „Smaki Turcji”. – Gdzieś na prowincji to prawko właściwie nie było potrzebne. Nikt dokumentów nie sprawdzał. Wystarczyło, że znasz się na samochodach. Umiesz kierować. Umiesz naprawić. A ci, którym zależało i zapisali się na kurs, egzamin, wszyscy zdawali.

Przyjemnie na placyku

Te beztroskie dla kierowców czasy odchodzą w przeszłość. Powoli odchodzą.

– Egzamin jest trudniejszy niż kiedyś, ale nadal bardzo łatwy w porównaniu do polskiego – ocenia Małgorzata Rabenda Derman, Polka pisząca doktorat na Uniwersytecie w Kocaeli, autorka bloga „Rodzynki Sułtańskie”. – Szczególnie egzamin praktyczny jest dość przyjemny – dodaje.

Dlaczego przyjemny? Nie ma jazdy egzaminacyjnej po zatłoczonych skrzyżowaniach. Jest tylko kilka zadań na placu manewrowym. Ale…

– Mam koleżankę, Turczynkę, która dopiero za trzecim razem zdała egzamin praktyczny, przeżywszy za każdym razem sporo stresu na placyku – komentuje Agata Bromberek, poznanianka mieszkająca na tureckiej riwierze, od dwunastu lat prowadząca Tur-Tur Blog. I biuro podróży AlanyaOnline.

Agata przekonuje, że wbrew obiegowym opiniom i filmikom krążącym po Internecie, zdobycie tureckiego prawa jazdy nie jest formalnością.

– Owszem, kiedyś może tak było, ale na szczęście i to się zmieniło.

Istotną zmianą jest m.in. to, że zdawać można tylko w języku tureckim. Kiedyś egzaminowano m.in. osoby niemieckojęzyczne. Kolejne utrudnienie – rozbudowana baza pytań i zaliczanie części teoretycznej przy komputerze.

– Test składa się ze 100 pytań, trzeba zdobyć 70 punktów, czyli poprawnych odpowiedzi – tłumaczy Agata.

Teoria podzielona jest na trzy części: znaki drogowe i zasady ruchu, pierwsza pomoc oraz silnik i budowa auta.

– Niedawno zmieniły się przepisy i część teoretyczna jest o wiele trudniejsza – mówi Gosia, podkreślając, że posiłkuje się opiniami osób, które są świeżo po egzaminach.

Część praktyczna (termin wyznaczają zwykle dwa, trzy tygodnie po teorii) to kilka zadań na małym autodromie. W asyście dwóch egzaminatorów i instruktora trzeba zaliczyć: ruszanie na podjeździe (rampie), parkowanie równoległe, zatrzymania w wyznaczonym miejscu. Jest też jazda po łuku w prawo i w lewo. Maksymalny czas wykonania zadań: 30 minut. Plus pięć minut na pytania dotyczące eksploatacji pojazdu. Jeśli ktoś obleje cztery razy, musi ponownie zapisać się na kurs.

Próba dla żółtodziobów. I termin ważności

Na polonijnych forach internetowych można znaleźć sporo żartobliwych komentarzy, że Turcy przykręcili śrubę kandydatom na kierowców. Bo kiedyś sprawdzano tylko umiejętność skrętu w prawo. A pytania testowe były takie same dla każdego. Przez dziesięciolecia! Polonusi zwracają także uwagę, że egzaminy w różnych regionach kraju mogą wyglądać inaczej. W dużych miastach na zachodzie Turcji jest nowocześniej, europejsko. Lepsza infrastruktura, lepsze samochody, lepiej wykształceni egzaminatorzy.

Europejskim standardem jest również okres próbny dla kierowców. Jeśli przez 24 miesiące złapie się kilka mandatów, traci się uprawnienia. Kto nie popełnia wykroczeń, uzyskuje bezterminowe prawko. Ale uwaga! Co pięć lat musi przejść kontrolę lekarską.

– Po zmianach przepisów w Turcji trwa właśnie wymiana dokumentów. Nowe prawa jazdy mają datę, kiedy trzeba je odnowić – wyjaśnia Gosia.

– Tureckie prawko automatycznie jest międzynarodowe. I jest na nim rubryka z grupą krwi. Badania robi się przed egzaminem – precyzuje Agata.

Międzynarodowym standardem jest również wiek kierowców. O kategorię B może ubiegać się osiemnastolatek. Prawo jazdy na motorowery robi się w wieku 16 lat. Pełne uprawnienia do prowadzenia ciężarówek uzyska dopiero 21-latek. Pełnowartościowe prawko kategorii D otrzymuje 24-latek.

– Co ciekawe, prawa jazdy nie dostaną osoby karane za niektóre przestępstwa, na przykład produkcję, sprzedaż lub posiadanie narkotyków – zauważa Gosia Rabenda Derman.

Uprawnienia można też dość szybko stracić… za zbyt szybką jazdę i inne „pirackie akcje” na drodze.

– Dwadzieścia punktów dostaje się za przejazd na czerwonym świetle, niesprawne części auta albo używanie pojazdu spoza kategorii, na którą mamy prawo jazdy – wyjaśnia Gosia. – Piętnaście punktów dostaniemy na przykład za używanie świateł przeciwmgielnych bez potrzeby. Dziesięć punktów – za głośne słuchanie muzyki w samochodzie – wylicza blogerka.

Punktacja wydaje się surowsza niż w Polsce czy Niemczech, przy czym limit punktów wynosi aż 75.

Agata zwraca uwagę, że temperament tureckich kierowców studzą coraz wyższe mandaty. Nawet 750 lir (jedna lira to ok. 93 grosze). Autorka „Tur-Tur Blog” chwali się, że dotychczas dostała tylko jedno upomnienie. Za niezapięte pasy.

– Kraj, w którym jeździ się pod prąd i po krawężnikach. Foteliki i kaski dla dzieci są tylko w telewizji. Ilość miejsc w autach i na motocyklach jest nieograniczona… I tam policja wlepia mandat za pasy! – nie dowierza jeden z komentujących bloga.

Trudno też uwierzyć, że turyści w Alanyi czy Bodrum nie mogą wypożyczać skuterów na dowód osobisty lub prawo jazdy kategorii B.

– Wymagana jest kategoria A1 na motorower lub A2 na motocykl – mówi Agata.

Uliczny survival. Jedź albo giń

Jeśli jednak wyobrażacie sobie, że Turcja jest krajem surowych przepisów, restrykcyjnie przestrzeganych procedur, policjantów służbistów i zdyscyplinowanych kierowców, to szybko zmienilibyście zdanie po kilku dniach pobytu w Stambule, Ankarze, Izmirze, Gaziantepie, Trabzonie. Centra miast przypominają mrowiska. Na ulicach panuje chaos. Wydaje się, że wszyscy jeżdżą, jak chcą. Parkują, gdzie im wygodnie. Trąbią, kto głośniej. Swoje drogowe przygody Gosia opisała tekstem zatytułowanym „Turecka ulica jako survival. Jedź albo giń”. Z przerażeniem, a jednocześnie poczuciem humoru opowiada: „Przejście przez ulicę to niekiedy zadanie godne zdobycia Mount Everestu. Ruszenie na światłach – to wyścig z czasem. Parkowanie: gra Tetris w realu. Nie jest za ciasno. Wystarczy zmniejszyć wymiary samochodu o lusterko. Chodniki są wąskie (a jeszcze połowę zajmują samochody, drugą połowę – śmieci), krawężniki wysokie. Turcy, którzy nigdy się nie spieszą i zawsze są spóźnieni, w samochodzie zamieniają się w Kubicę z ADHD. Prawo dżungli to prawo silniejszego i szybszego. Nikt nie przepuszcza pieszych. Musisz po prostu próbować przebiec przez jezdnię. Przepisy drogowe? Zbiór pięknych wskazówek, z których nikt nie korzysta. Zaparkowane samochody blokują wyjazd z bramy, siebie nawzajem, chodnik i ruch ogólnie. To, że ciężarówka stoi na środku ulicy, bo kierowca musi kupić papierosy, nikogo nie zdziwi.

Nie dziwi mnie też widok czterech osób na skuterze czy siedmiu osób w małym aucie. I to, że kierowca wyznaje rozbrajająco, że nie ma prawa jazdy, bo jest drogie”.

W rozmowie ze „Szkołą Jazdy” blogerka żartuje, że policjanci przymykają oko na drobniejsze przewinienia kierowców. I stan techniczny samochodów.

– A na ulicach widać mnóstwo aut, które ostatni przegląd miały wykonany dobre piętnaście lat temu – diagnozuje.

Galeria drogowych osobliwości w wersji „Türkiye” powstałaby ekspresowo po przeglądzie tamtejszych portali internetowych. Można tam znaleźć zdjęcia pojazdów przypominających krzyżówkę wartburga z traktorem. Można pośmiać się z drzew rosnących na środku drogi. Można spróbować zliczyć pasażerów upchanych w mikrobusach, zwanych tam dolmuszami.

Agata przyznaje, że Turcy za kółkiem są „dość niefrasobliwi”.

– Jeżdżą w ogóle bez prawka albo bez uprawnień danej kategorii.

Nie ukrywa też, że zamiast auta zwykle wybiera rower lub komunikację miejską. Tak łatwiej i bezpieczniej.

– W dużych miastach Turcji, a w szczególności w Stambule, jazda rzeczywiście nie należy do najłatwiejszych – potwierdza Małgosia. – I nie chodzi tu tylko o temperament Turków i ich zamiłowanie do łamania przepisów, ale fakt, że miasto jest bardzo pagórkowate i szybko trzeba opanować sztukę ruszania pod górkę. Stambuł słynie też z wielogodzinnych korków!

Ceny jak w Polsce

Stambuł ma ponad 14 mln mieszkańców. Korki gigantyczne! Paliwo droższe niż w Polsce. A kursy na prawo jazdy kosztują podobnie. Na stronach szkół jazdy (są anglojęzyczne) znaleźliśmy oferty za 1500–1600 lir. Wykłady trwają trzy tygodnie. Można wybrać regularny cykl zajęć lub intensywną naukę w weekendy. Szkolenie praktyczne to szesnaście godzin: dwie na symulatorze, reszta peugeotem 208. Młodzieżowe uprawnienia na motocykl (dwanaście godzin jazdy) oferowane są za 1200 lir.

– Koszty kursów są bardzo zróżnicowane i zdecydowanie można się targować – radzi Gosia.

Jeśli naprawdę chcemy się szkolić, warto dopytać o program zajęć, adres sali wykładowej. Dlaczego?

– Żeby przystąpić do egzaminu, trzeba się zapisać na kurs, ale jego reguły nie są jasno określone i często odbywa się on tylko na papierze. Mój znajomy poznał swojego nauczyciela podczas egzaminu – stwierdza z humorem blogerka.

Sam egzamin kosztuje tylko 60 lir, czyli mniej niż w wojewódzkich ośrodkach ruchu drogowego.

– I nie słyszałem o sytuacjach, by ktoś zdawał osiem razy. Tak jak to się zdarza w Szczecinie – śmieje się Mehmet.

– Znam takich, których oblano kilkanaście razy – dodaje jego współpracownik. – U was nie ma czegoś takiego jak prawo jazdy. U was jest „biznes prawo jazdy”. Chodzi tylko o zarabianie kasy. A jak już jesteś kierowcą i wozisz jakieś towary, to musisz mieć pozwolenia, licencje, winiety. Za wszystko trzeba płacić. W Turcji tak nie zdzierają z ludzi – komentuje.

Ma trochę nieaktualne dane. Bo np. kiedy się odbiera prawko (SÜRÜCÜ BELGESI – certyfikat dla kierowcy), trzeba głębiej sięgnąć do kieszeni.

– Opłata za wydanie dokumentu wynosi 139 lir. I jeszcze 433 liry na podatek drogowy – podsumowuje Agata.

Tomasz Maciejewski

 

Z polskim prawem jazdy możemy bezproblemowo jeździć w Turcji przez pół roku. Jeśli planujemy pobyt dłuższy niż 180 dni, potrzebne nam będzie tzw. międzynarodowe prawo jazdy. Z potwierdzonym notarialnie lub przez ambasadę tłumaczeniem dokumentu. Możliwa jest też wymiana polskiego prawka na tureckie. Od stycznia 2014 roku odbywa się to automatycznie, bez dodatkowego egzaminu.

Tureckie drogi należą do najniebezpieczniejszych w Europie. Roczne statystyki wypadków są podobne do… polskich: osiem – dziewięć ofiar śmiertelnych na 100 tysięcy mieszkańców.

W 2009 roku Światowa Organizacja Zdrowia alarmowała, że współczynnik śmiertelności w Turcji wynosi 13,9. Wielka Brytania osiągnęła wtedy poziom 5,4, Niemcy 6, Francja 7,5. Ale w Polsce ten dramatyczny wskaźnik sięgał 15.

Fot. Lex Kravetski/Flickr